Uff,ciężko jest zacząć,ale kiedyś trzeba!
Zacznę więc od jednej z rodzinnych anegdot (których w naszym filozoficznym stadle jest sporo). W naszym domu odkąd pamiętam był zawsze kot, lub pies, albo oba naraz. W tamtym czasie byly oba. Któregoś dnia zmuszeni byliśmy udać się z oboma zwierzakami do weterynarza. Załadowaliśmy kota do torby podróżnej,psa na smycz i usiedliśmy grzecznie w autobusie. Niestety naszemu kotu warunki podróży niezbyt odpowiadały, więc rozmiauczal się na całego. Głupio mi było, więc rozglądam się spłoszona po autobusie i widzę przed sobą plecy jakiegoś pana, który jakoś mocno zesztywniał. Okazuje się, że nasza psina stojąc między siedzeniami trzymała leb mniej więcej na wysokości kolan tego pasażera. Jak nic wychodziło mu na to, że pies miauczy! Pan był widać z gatunku sztywniaków i za nic mu nie wypadało obejrzeć się do tyłu. W pewnym momencie zauważyliśmy gest ręki pana, która rozpaczliwie badała podgardle neszej psiny, chcąc pewnie sprawdzić jakim cudem to stworzenie wydaje tak obce psu dźwięki:))). Po pewnym czasie podeszliśmy do wyjścia i pan sztywny mógł wreszcie ujrzeć bez odwracania się nas z torbą wydającą tak niepokojące miauki. Dosłownie uslyszałam kamień, który spadał mu z serca!